Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malachi Martin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malachi Martin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2012

No popatrz: próba oczyszczenia?

W październiku 1975 r. papież Paweł VI wydał wiele poleceń na wypadek swojej śmierci. W jednym z nich domagał się, by wszyscy kardynałowie sprawujący kierownicze funkcje w Kurii Rzymskiej zostali ich automatycznie pozbawieni.

Jako jeden z nielicznych wyjątków, od automatycznego ustąpienia ze stanowiska był zwolniony papieski camerlengo, czyli podskarbi. Funkcję tę pełnił sekretarz stanu, kardynał Villot. Do ponownego obsadzenia papieskiego tronu Villot był strażnikiem kluczy do Stolicy Piotrowej.

Czyżby tajemniczy strażnik wspomniany przez Malachiego?

M. Martin: konklawe z 1978 i jego następstwa


- Czy ksiądz wie - powiedział papież do księdza Sadowskiego - że kiedy przyjechaliśmy z kardynałem do Rzymu na październikowe konklawe, obaj doskonale wiedzieliśmy, co jest grane.
Dla papieża "kardynał" oznaczał zawsze ówczesnego przywódcę Kościoła w Polsce, Stefana Wyszyńskiego o przydomku Lis Europy, dziś już nieżyjącego.
Zresztą już na długo przedtem, nim przybyli na to drugie konklawe, obaj polscy kardynałowie zdawali sobie sprawę, że władza papieska została narażona na poważny szwank, a nawet całkowicie zrujnowana przez to, co zaczęto wówczas nazywać "duchem soborowym". W ostatnich godzinach konklawe, gdy młody polski duchowny stanął przed możliwością wyboru na papieża, ci dwaj ludzie przeprowadzili rozmowę w cztery oczy.
- Jeśli zgodzisz się zostać papieżem - powiedział tamtego pamiętnego dnia starszy z kardynałów - będziesz ostatnim papieżem katolickim. Tak jak Szymon Piotr staniesz na granicy oddzielającej kończącą się epokę od epoki zaczynającej się. Będziesz świadkiem końca papiestwa w sytuacji, gdy frakcja antypapieska w Kościele przejęła pełną kontrolę nad tą instytucją, i to w imię II Soboru Watykańskiego.
Obaj kardynałowie wiedzieli, że od młodego polskiego duchownego jako papieża oczekuje się wiernej realizacji osławionego "ducha Soboru Watykańskiego II". Przyjęcie wyboru na tych warunkach oznaczałoby więc zgodę na kierowanie Kościołem, który został zdecydowanie, bezpowrotnie i formalnie włączony w globalny program socjopolityczny uznawany przez ogromną większość poprzedników na Stolicy Piotrowej jako całkowicie obcy boskiej misji Kościoła.
Ale na tym nie koniec. Dwaj kardynałowie stanęli w obliczu innej jeszcze rzeczywistości. Otóż organizacja kościelna i życie publiczne w Kościele rzymskokatolickim, jakie istniały aż do początku wieku XX, uległy bezpowrotnemu zniszczeniu. Obaj dostojnicy wiedzieli, że nie da się ich ożywić. Wracając na obrady, przyszły papież wiedział, że zmiany, jakie zaszły w Kościele, są nieodwracalne. Tradycyjna struktura Kościoła Powszechnego jako instytucji widzialnej i sprawnej organizacji uległa transformacji. Jego starszy brat w biskupstwie - Lis Europy - zgadzał się całkowicie z tą oceną. Okazało się jednak, że różnią się co do działań, jakie powinien podjąć młodszy kardynał, gdyby rzeczywiście został papieżem.
- Wiem, Eminencjo - powiedział stanowczo starszy - że jest tylko jeszcze jeden człowiek, który może wyjść z tego konklawe jako papież: nasz brat kardynał arcybiskup Genui. I obaj dobrze wiemy, jakie byłoby jego rozwiązanie w kwestii szopki, jaką stała się instytucja kościelna.
Młodszy kardynał uśmiechnął się.
- Zabarykadować drzwi, zabić okna deskami. Przywołać do porządku krnąbrnych. Wydalić opornych. Oczyścić szeregi...
- A przede wszystkim, Eminencjo - wpadł mu w słowo starszy - wszystkie najważniejsze dokumenty Soboru Watykańskiego II zinterpretować ściśle w świetle I Soboru Watykańskiego i Soboru Trydenckiego. Zdecydowany powrót do podstaw w oparciu o tradycyjne sankcje Matki Kościoła, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła rzymskiego...
Urwał widząc grymas na twarzy młodszego kardynała.
- Zgoda - powiedział tamten po chwili namysłu. - Lecz pociągnęłoby to za sobą nieobliczalne straty dla dusz i naszej instytucji. Czy jakikolwiek papież mógłby wziąć na swe barki taką odpowiedzialność?
- A czy mógłby jej nie wziąć? - padła natychmiastowa odpowiedź.
- Ależ, Eminencjo - upierał się młodszy duchowny - obaj dobrze wiemy, że stary, tradycyjny Kościół jest... jest... jak by to powiedzieć... rozwalony! Legł w gruzach! Na zawsze! Przy takiej polityce papieskiej nasz ukochany Kościół wszedłby w wiek dwudziesty pierwszy jako kulejący, nic nie znaczący nędzarz.  Weszlibyśmy w trzecie milenium jako szkielet, żałosna resztka tętniącego niegdyś życiem religijnym kolosa, kompletnie nie pasująca do całej rodziny narodów.
- Mam wrażenie - odrzekł Lis Europy z przekornym błyskiem w oku - że tak czy inaczej niejako zawodowo nie pasujemy do świata, jesteśmy ukrzyżowani dla świata, jak powiedział św. Paweł Apostoł. Ale poważnie: jaka jest twoja recepta na politykę papieską, gdyby jutro kardynałowie powierzyli ci ten urząd?
- Ta sama, którą ty zapoczątkowałeś, a ja kontynuowałem w starciu z polskimi stalinistami...
- To znaczy?
- Nie rezygnuj. Nie wyobcowuj się. Nie odrzucaj rozmowy, negocjacji. Włączaj do dialogu każdego, czy chce dialogować, czy nie. Miałem udział w powstawaniu wszystkich najważniejszych dokumentów soborowych. Wraz z innymi sformułowaliśmy je tak, by nie wykluczać nikogo. Nikogo, Eminencjo - powtórzył - gdyż Chrystus umarł za wszystkich. Wszyscy są de facto w jakimś sensie zbawieni. Gdyby to zależało ode mnie, przemierzyłbym cały glob, odwiedził naród po narodzie, żeby mnie widziano i słyszano wszędzie i we wszystkich możliwych językach.
Gdy to mówił, oczy mu błyszczały gorączkowo.
- To było nasze słowiańskie rozwiązanie w odpowiedzi na straszną sytuację Polski pod Sowietami. Rozmawiaj, prowadź dialog. Nie daj się skazać na banicję.
- Słowiańskie rozwiązanie, hm...
Starszy kardynał odwrócił wzrok zamyślony.
- Słowiańskie rozwiązanie... - powtórzył i zamilkł.
- Jestem pewien - ciągnął młodszy kardynał potulnym, lecz pewnym głosem - że papiestwo i Kościół zbiorą szerokie żniwo dusz w ostatnich dekadach tego milenium, co było marzeniem dobrego papieża Jana.
Starszy kardynał podniósł się z miejsca ze śmiechem.
- Oby Bóg cię wysłuchał, Eminencjo.
I spoglądając na zegarek dodał:
- Za chwilę dzwon wezwie nas na kolejną sesję. Chodźmy. Odbyliśmy dobrą rozmowę. Nie lękajmy się. Chrystus jest ze swoim Kościołem.
Zgodnie z tą zasadą polityki papieskiej w pierwszym roku swojej  posługi na Tronie Piotrowym słowiański papież deklarował: "Będę kontynuował dzieło moich poprzedników. Jako papież będę troszczył się o wdrożenie ducha i litery Drugiego Soboru Watykańskiego. Będę współpracował z moimi biskupami, tak jak każdy inny biskup współpracuje ze swymi kolegami biskupami, oni w swoich diecezjach, ja jako Biskup Rzymu - i wszyscy razem, kolegialnie będziemy kierować Kościołem Powszechnym." I pozostał wierny tej obietnicy. Przez wszystkie lata pontyfikatu nie ingerował w pracę biskupów, nie zważając na ich indolencję, herezję, nieświęte rządy w diecezjach.
Kiedy tysiące biskupów wprowadzało nietradycyjne nauczanie w swoich seminariach, pozwalając na szerzenie się homoseksualizmu wśród duchownych, na adaptowanie ceremonii katolickich do najróżniejszych "inkulturacji" - rytuałów New Age, "hinduizacji", "amerykanizacji" -  słowiański papież nie ścigał sprawców ukrytej czy jawnej herezji i niemoralności. Przeciwnie, pozwalał na wszystko.
Biskupi włączali się czynnie w nowe świeckie struktury kierowania narodami i powstającą społecznością narodów? Papież czynił to samo, sankcjonując to swym najwyższym papieskim autorytetem. Biskupi sprzymierzali się z niekatolickimi chrześcijanami jako równorzędnymi partnerami w ewangelizacji świata? Papież czynił to samo - z całą pompą ceremonii watykańskich. Patrząc spokojnie na postępującą ruinę instytucjonalnej organizacji Kościoła, ukazując się światu jako jeden z wielu "synów ludzkości", a biskupom jako jeden z braci biskupów, biskup Rzymu - słowiański papież pozostał wierny słowiańskiemu rozwiązaniu.
Twierdził uparcie, że rządzi Kościołem wraz ze swymi biskupami jako jeden z nich. Nawet wtedy, gdy odwoływano się do jego dobrze znanego i utwierdzonego autorytetu następcy świętego Piotra w sprawach doktrynalnych - tumanił przyjaciół, wywoływał wściekłość tradycjonalistów i błogie zadowolenie wrogów papiestwa stwierdzeniami w rodzaju: "Mocą władzy danej świętemu Piotrowi i jego następcom i w komunii z biskupami Kościoła katolickiego potwierdzam, że..." - i tu następowało przytoczenie odpowiedniej doktryny.
Odwiedzał wszelkiego rodzaju świątynie i sanktuaria, święte gaje i jaskinie, próbował magicznych napoi, jadł potrawy pochodzące z mistycznych obrzędów, pozwalał sobie malować pogańskie znaki na czole, rozmawiał na równej stopie z heretyckimi patriarchami, schizmatyckimi biskupami, teologami pozostającymi na bakier z doktryną katolicką, wpuszczając ich nawet do bazyliki Świętego Piotra i wspólnie z nimi sprawując świętą liturgię.
I nigdy nie tłumaczył tych skandalicznych wybryków, nigdy za nic nie przepraszał. Przemawiając do szerszej publiczności, rzadko wspominał święte imię Jezusa Chrystusa. Chętnie usuwał krucyfiks, a nawet Najświętszy Sakrament, kiedy te znaki Kościoła katolickiego raziły jego gości niekatolików czy niechrześcijan. Nigdy też nie nazywał siebie katolikiem rzymskim ani swego Kościoła Kościołem rzymskokatolickim.
Jednym z najpoważniejszych skutków permisywizmu i dążeń "demokratyzacyjnych" tego pontyfikatu był powszechny upadek jego papieskiego autorytetu wśród biskupów. W jednym z poufnych raportów kilku biskupów wypowiada się szczerze, choć niepublicznie, że "gdyby ten papież przestał mówić o aborcji, sprzeciwiać się antykoncepcji jako złu i przestał potępiać homoseksualizm, Kościół mógłby się stać miłym i skutecznym partnerem rodzącej się rodziny narodów." A w Stanach Zjednoczonych elegancki biskup Michigan Bruce Longbottham powtarzał w kółko: "Gdyby ten kabotyński aktor, którego mamy za papieża, uznał pełne prawa kobiet do wyświęcania na księży, pełnienia posługi biskupiej - a nawet papieskiej - Kościół wszedłby w ostatni wspaniały etap ewangelizacji".
"W rzeczy samej - wtórował mu inny amerykański dostojnik, kardynał - gdyby ten papież dał sobie spokój z nabożnymi bzdurami na temat objawień Najświętszej Panienki i zajął się przyznawaniem realnej władzy realnym kobietom w realnym Kościele - cały świat stałby się chrześcijański".

M. Martin: Rewolucja


w papieskim Rzymie zaświtał Dzień Drugi. Na razie pozostał w cieniu burzy zmian, jaka przetaczała się przez wspólnotę narodów. A jednak pod mądrą ręką Maestroianniego i jego licznych towarzyszy Kościół rzymskokatolicki i papieski Rzym dostały się w jeszcze szybszy i głębszy wir zmian, które wstrząsnęły jego kondycją i ziemskimi losami.
Rzym starego papieża wstrząsany burzą drugiej wojny światowej odszedł w przeszłość. Skończył się jego papieski Rzym jako sprawna i hierarchiczna organizacje. Wszyscy ci kardynałowie, biskupi i księża, wszystkie zakony i instytuty rozsiane po całym świecie w sieci diecezji i parafii, połączone więzią  wierności i posłuszeństwa względem konkretnej osoby papieża (pontifex maximus) - wszystko to odeszło w niepamięć. W przeszłość odszedł także Rzym "dobrego papieża", ożywiany duchem Pięćdziesiątnicy. Otworzył on na oścież okna i drzwi swej czcigodnej instytucji, pozwalając, by wicher zmian dął po wszystkich pomieszczeniach i korytarzach Watykanu. Jego papieski Rzym został zdmuchnięty przez wichry, które sam rozpętał. Nic nie ostało się z jego marzeń prócz garstki wiernych niejasno pamiętających przeszłość i poronionych idei, a także inspiracji, jaką był dla takich ludzi, jak Maestroianni.
Przeminął nawet Rzym nieszczęsnego papieża, który przybrał imię Apostoła. Nic nie pozostało z patosu bezowocnych protestów tego Ojca Świętego przeciwko stopniowej dekatolizacji wszystkich świętych tajemnic papieskiego Rzymu. Dzięki Vincennes'owi i jego zdolnym i oddanym protegowanym w rodzaju Maestroianniego, w chwili, gdy dzwony śmierci odwołały go z tego świata po piętnastu latach służby na Stolicy Piotrowej - na horyzoncie zamajaczył nowy Rzym, nowy katolicki Kościół zaczynał się oblekać w ciało.
Stojąc w chłodzie tego pięknego poranka, sekretarz stanu kardynał Maestroianni objął zamyślonym spojrzeniem ogrody i niebo. Jakie to znamienne - myślał - że nie słychać nawet helikoptera unoszącego papieża w dal. Rzym nie tylko odwrócił twarz od słowiańskiego papieża. Rzym był antypapieski. W rzeczy samej Rzym był nie tylko antypapieski, ale także zdecydowany stworzyć antypapieski Kościół.
Nowy Kościół w Nowym Porządku Świata. Oto był cel nowego Rzymu. Rzymu Maestroianniego.
Marestroianni wciąż nie mógł się nadziwić, że jedyną poważną przeszkodą na drodze do urzeczywistnienia tego celu był ten papież, przez tak wielu ludzi kwitowany stwierdzeniem, że to tylko "relikt minionych czasów". Jak mogło do tego dojść? - dumał Maestroianni. Na początku pontyfikatu zachowanie papieża napawało kardynała otuchą. Kreował się on na obrońcę "ducha soborowego", czyli patrona tych wszystkich głębokich zmian dokonanych w Kościele  w imię II Soboru Watykańskiego. Dla przykładu zaakceptował Maestroianniego na stanowisku sekretarza stanu. Pozostawił kardynała Palombo na stanowisku dającym mu potężną władzę. Nie popierał tych, których raziła taka postawa Ojca Świętego. Nie przeszkadzał kochanym masonom, ciężko pracującym w kancelarii watykańskiej. Ogólny obraz pontyfikatu był więc nader obiecujący. Nie tylko w samym Rzymie, ale i we wszystkich diecezjach katolickich piastowała urzędy  rzesza entuzjastycznie nastawionych do zmian duchownych. Dojrzewał nowy katolicyzm.
Oczywiście władze rzymskie propagowały nowy katolicyzm. Uśpiło to czujność Maestroianniego. Odpowiednio zmodyfikowane Prawo Kanoniczne wzmacniało nowe zasady. Maestroianni zawdzięczał to swej genialnej polityce kadrowej. Intencją tych wszystkich działań było wspieranie katolicyzmu odcinającego się od katolicyzmu przedsoborowego.
Trzeba przyznać, że kardynał Vincennes do pewnego momentu kontrolował ten proces. Teraz pozostawało tylko zmienić samo papiestwo w powolnego, a nawet współpracującego służkę w procesie nowego stworzenia. Nowego ziemskiego habitatu. Prawdziwego Nowego Porządku Świata. Kiedy ta transformacja się zakończy, zaświta Dzień Trzeci ziemskiego raju.
Każdy rozsądny człowiek miał więc prawo oczekiwać, że ten papież, który tak zręcznie wyzwolił ukryte siły geopolityczne, popychając narody ku Nowemu Porządkowi Świata, będzie także najodpowiedniejszą osobą dla dokończenia przekształcania rzymskokatolickiej organizacji w  pojętnego pomocnika tego nowego porządku, dla doskonałego zgrania organizacji kościelnej z procesem globalizacji ludzkiej kultury.

M. Martin: Villot o JP2


W ocenie Maestroianniego na początku roku 1979 nic nie wskazywało jednak na to, by geopolityczna rzeczywistość zimnej wojny - nazwana przez Vincennes'a Dniem Pierwszym - miała ulec jakimkolwiek zmianom. Dlatego tak mocno uderzyło go przeświadczenie Vincenne'a, że Dzień Pierwszy ma się ku końcowi. Jeszcze dziwniejsze było to, że zdawał się on oczekiwać, iż to właśnie ów słowiański intruz na tronie papieskim będzie - jak się wyraził - "aniołem zmian".
- Nie daj się zmylić pozorom - powiedział Vincennes z naciskiem. - Ten człowiek jest postrzegany przez wielu jako bełkotliwy poeta filozof, który przez pomyłkę został papieżem. A tymczasem jego żywioł - obojętne, czy myśli, je, śpi czy śni - to geopolityka. Widziałem jego szkice przemówień, jakie ma wygłosić w Warszawie i Krakowie. Zadałem sobie trud przeczytania niektórych jego wcześniejszych wystąpień. Otóż od 1976 roku bez przerwy mówi o nieuchronności zmian. O nadchodzącym pędzie narodów do Nowego Porządku Świata.
Maestroianni z wrażenia aż się zatrzymał.
- Tak - potwierdził Vincennes, spoglądając z wysokości swojego wzrostu na  niższego towarzysza. - Tak, nie przesłyszałeś się. On też czuje, że nadchodzi Nowy Porządek Świata. I jeśli dobrze rozumiem intencje jego powrotu do  ojczystego kraju, to wystąpi on tam jako herold końca Dnia Pierwszego. A jeśli to prawda, wkrótce zaświata nam Dzień Drugi. A kiedy to nastąpi - jeśli przeczucie mnie nie myli - ten słowiański papież będzie biegł na czele pochodu. A wtedy ty, mój przyjacielu, musisz biec jeszcze szybciej, zataczając koła wokół naszego Ojca Świętego.
Podwójnie zaskoczony, Maestroianni nie mógł pozbierać myśli. Po pierwsze Vincennes mówił tak, jakby wyłączał samego siebie z Dnia Drugiego; jakby dawał mu instrukcje jako swojemu następcy. A po drugie nie mógł pojąć, jak Vincennes mógł zakładać, że ten Słowianin, tak zdawałoby się nie nadający się na papieża, mógł odegrać znaczącą rolę w polityce światowej.
Jakże innym człowiekiem był teraz Maestroianni, kiedy wracając do Pałacu Apostolskiego, zatrzymał się na kilka chwil refleksji w ogrodach watykańskich. Głos Vincennes'a umilkł dwanaście lat temu, lecz te ogrody się nie zmieniły, świadcząc milcząco o tym, jak trafne było jego proroctwo.

No popatrz: Pius X Polakiem? Wg kogo?

O ile sama historia jest dosyć szeroko znana, to mało znanym faktem jest to, że kwestię tą poruszył, nie kto inny, a sam Malachi Martin w swojej książce "The Keys of This Blood" z 1990 roku.

Tajemniczy Sekretarz Stanu nie taki tajemniczy?


Malachi Martin:

Jego Eminencja kardynał Jean-Claude de Vincennes, który, jak wieść niosła, rządził Kościołem nawet za życia papieża.

Od wyniku konklawe - a dokładniej od osobowości człowieka, który je opuści jako nowy papież - zależało bowiem powodzenie misternego planu, jaki w ciągu ostatnich dwudziestu lat przygotował kardynał Vincennes wraz z podobnie myślącymi kolegami w Watykanie i na całym świecie.

W ich mniemaniu papież i Kościół nie mogą dłużej stać z boku, zachęcając ludzkość, by przystąpiła do owczarni katolicyzmu. Nadszedł czas, by zarówno papiestwo, jak i Kościół jako instytucja włączył się w zbiorowy wysiłek ludzkości ku zbudowaniu lepszego świata dla każdego. Nadszedł czas, by Kościół odrzucił zasadę dogmatów i przestał postrzegać siebie jako absolutnego i wyłącznego posiadacza prawdy ostatecznej.

Kardynałowie elektorzy, zamknięci na klucz w sali obrad, wybrali na papieża człowieka najzupełniej nieodpowiedniego. Człowieka wrogo nastawionego do planów ukutych przez kardynała kamerlinga i jego towarzyszy. Chyba nikt w Watykanie nie zapomni dnia. Vincennes dosłownie wypadł z sali, gdy tylko przekręcono klucz w drzwiach, uwalniając elektorów. Nie dbając o zwyczajowe ogłoszenie zakończenia "błogosławionego konklawe", wpadł do swoich prywatnych apartamentów niczym anioł pomsty.

Organizacji nowego konklawe w październiku przyświecała jedna myśl: trzeba było naprawić błąd popełniony w sierpniu. Dano mu jeszcze jedną szansę. Był najzupełniej pewien, że jego życie zależy od tego, czy potrafi ją właściwie wykorzystać. Tym razem dopilnuje, by wybrano spolegliwego papieża.

Poniżej znajduje się opis otwierania dokumentów pozostawionych przez zmarłego papieża. Aureatini to nie kto inny, jak mianowany przez JP2  Silvestrini, któremu powierzono diakonię S. Benedetto fuori Porta S. Paolo. Tak, porta S.Paolo!

Wracamy do Malachiego:

Ostatnia opatrzona była dodatkową adnotacją: "Dla Naszego Następcy na Stolicy Piotrowej". Słowa te, napisane bez wątpienia ręką starego papieża, nadawały dokumentom przechowywanym w kopercie status papierów  przeznaczonych tylko dla oczu nowo wybranego młodego słowiańskiego papieża. Dzień powstania zapiski - 3 lipca 1975 - pozostał w pamięci kardynała jako wyjątkowo beztroski w jego stale napiętych relacjach z Jego Świątobliwością.
Nagle jednak uwagę jego eminencji przykuł inny szczegół: nie tyle prawdopodobny,  co niewątpliwy fakt, że koperta była otwierana. To niewiarygodne, ale koperta naprawdę została przecięta u góry i otwarta. Było więc jasne, że ktoś zapoznał się z treścią dokumentow. Równie oczywiste było to, że koperta została następnie sklejona skoczem. Nowa pieczęć papieska i podpis zostały złożone przez następcę starego papieża. Przez tego papieża, który tak nagle umarł, a którego papiery wciąż jeszcze czekały na przegląd.
Ale to jeszcze nie wszystko. Bo oto druga notatka, napisana mniej znanym charakterem pisma młodszego papieża, głosiła: "Dotyczy stanu Świętej Matki Kościoła po 29 czerwca 1963".
Kardynał Vincennes na chwilę zapominał o swych dwóch towarzyszach przy owalnym stole. Cały świat skurczył się nagle do drobnych wymiarów koperty, którą obracał w ręce. Zgroza i dezorientacja na widok tej daty sparaliżowały jego umysł do tego stopnia, że zabrało mi chwilę, nim odczytał datę drugiego zapisu papieskiego: 28 września 1978. Pamiętny dzień śmierci tego drugiego papieża.
Kardynał zaniemówił, obmacując kopertę, jakby po jej grubości spodziewał się odgadnąć treść lub jak by się spodziewał, że koperta podszepnie mu rozwiązanie zagadki, w jaki sposób zniknęła z jego biurka i w jaki sposób do niego powróciła. Nie zwracając uwagi na księdza Cerneseccę - co nie było rzeczą trudną - w milczeniu podsunął kopertę Aureatiniemu.
Kiedy arcybiskup podniósł znad koperty nos w kształcie ostro zatemperowanego ołówka, kardynał ujrzał w jego oczach własną zgrozę i pomieszanie. Wyglądało to tak, jakby ci dwaj mężczyźnie nie patrzyli na siebie nawzajem, lecz wpatrywali się w jakąś wspólną pamięć, co do której byli przekonani, że jest tajna. Pamięć o początkowej chwili zwycięstwa. Pamięć o wydarzeniu w Bazylice św. Pawła za Murami. Pamięć o dniu, gdy zgromadzili się wraz z wielu innymi członkami falangi, by wznieść prastare inwokacje. Pamięć o tym pruskim delegacie czytającym ustawę instrukcyjną; kciukach nakłuwanych złotą pincetą; pieczętowaniu własną krwią ustawy autoryzacyjnej.
- Ależ, eminencjo... - wyrwało się Aureatiniemu, który pierwszy odzyskał głos, lecz nie zdolność myślenia. - W jaki sposób, do diabła, on mógł to...
- Tego nawet sam diabeł nie wie.
Nadludzkim wysiłkiem woli kardynał próbował zebrać myśli. Stanowczym ruchem ujął kopertę i trzasnął nią o stół, nie przejmując się zupełnie tym, co sobie pomyślą jego towarzysze. Wobec tak wielu niewiadomych musiał sobie odpowiedzieć na pytania kłębiące się w jego głowie.
W jaki sposób "trzydziestotrzydniowy papież" położył łapę na papierach swego poprzednika? Zdrada ze strony któregoś z jego własnych sekretarzy? Jego Eminencja mimo woli spojrzał na księdza Carneseccę. W jego umyśle ten zawodowy podwładny w czarnej sutannie reprezentował całą niższą klasę wyrobników watykańskiej administracji. Oczywiście, technicznie rzecz biorąc, papież miał prawo wglądu w każdy dokument sekretariatu stanu, lecz wszak nie okazał wobec Vincennesa żadnego zainteresowania w tej materii. A druga kwestia: co papież naprawdę widział? Czy miał w rękach całe dossier starego papieża i przeczytał wszystko? Czy tylko tę jedną kopertę z kluczową datą 29 czerwca 1963 roku, wypisaną na kopercie jego ręką? Jeśli to ostatnie było prawdą, w jaki sposób koperta wróciła do dossier? I, niezależnie od wersji wydarzeń - kto doprowadził wszystko do poprzedniego stanu w biurku kardynała? Kiedy ktoś mógł tego dokonać, nie zwracając na siebie uwagi?
Rzucił jeszcze raz wzrokiem na drugą datę wypisaną na kopercie: 28 września. Nagle wstał od stołu, podszedł do swojego biurka, wyjął dziennik i odnalazł żądaną datę. Tak, miał wtedy rutynową poranną odprawę u Ojca Świętego, w notatkach nie było jednak niczego podejrzanego. Po południu miał spotkanie z głównymi inspektorami Banku Watykańskiego; w tym punkcie też nie było niczego interesującego. Uwagę jego przyciągnęła jednak inna notatka. Był na obiedzie w ambasadzie kubańskiej wydanym na cześć jego przyjaciela i kolegi - odchodzącego ambasadora. Po obiedzie został na pogawędkę.
Kardynał podniósł słuchawkę interkomu i kazał sekretarzowi sprawdzić w grafiku, kto miał w tym dniu dyżur w recepcji sekretariatu stanu. Po chwili nadeszła odpowiedź. Wtedy wbił tępy wzrok w owalny stół. W tej chwili ksiądz Aldo Carnesecca stał się dla jego eminencji czymś o wiele więcej niż tylko symbolem watykańskiej kasty podwładnych. W tym krótkim czasie, jakiego potrzebował, by odłożyć słuchawkę interkomu i wrócić na swoje miejsce przy stole, w jego umysł wsączyło się zimne światło. Światło, w którym ujrzał swoją przeszłość i swoją przyszłość. W jakimś sensie się nawet uspokoił, kiedy skojarzył wszystkie fakty.  Jego długa nieobecność w sekretariacie 28 września. Carnesecca samotnie dyżurujący w porze sjesty. Vincennes widział wszystko jasno jak na dłoni. Wzięto go fortelem, został przechytrzony przez lisa o szczerej twarzy. Jego gra była skończona. Najlepsze, co mógł teraz zrobić, to zadbać o to, by ta podwójnie pieczętowana papieska koperta nigdy nie dotarła do rąk słowiańskiego papieża.
- Skończy pracę! - powiedział, spoglądając na Aureatiniego o wciąż poszarzałej twarzy i na nieporuszonego Carneseccę.
Miał teraz jasny umysł i odzyskał koncentrację. Suchym tonem, jakiego zawsze używał w stosunku do podwładnych, przekazał szereg decyzji kończących przegląd papieskich papierów. Carnesecca miał się zająć dostarczeniem adresatom czterech kopert adresowanych do krewnych. Resztę papierów Aureatini odniesie do watykańskich archiwów, gdzie pokryje je kurz zapomnienia. On sam zaś zajmie się podwójnie pieczętowaną kopertą.
Teraz eminencja szybko dokończył  przeglądu stosunkowo nielicznych papierów, jakie drugi papież zdołał zgromadzić w ciągu swoich krótkich rządów. Spokojny, że najważniejszy dokument tego papieża leży przed nim, przejrzał pobieżnie pozostałą zawartość teczki. Po kwadransie podsunął teczkę Aureatiniemu, który miał ją umieścić w archiwach.
Stojąc samotnie w jednym z podłużnych okien swego gabinetu, Vincennes ujrzał księdza Carneseccę, jak wyszedłszy z sekretariatu skierował kroki na dziedziniec św. Damazego. Śledził wątłą figurkę duchownego kierującego się przez Plac św. Piotra do Świętego Oficjum, gdzie ten kapłan spędzał większość dnia pracy. Przez dobre dziesięć minut obserwował niespieszny, lecz zawsze pewny i świadom celu krok duchownego. Doszedł do wniosku, że jeśli jest ktoś, kto jak najszybciej powinien spocząć w zbiorowej mogile, to jest nim Aldo Carnesecca. I nie musi tego nawet notować w dzienniku dla pamięci.

Niewczesna śmierć jego eminencji sekretarza stanu, kardynała Jeana-Claude'a de Vincennesa nastąpiła w wyniku niefortunnego wypadku samochodowego, który wydarzył się 19 marca 1979 roku w pobliżu miejscowości Mablon w południowej Francji - miejsca urodzenia kardynała. Niewątpliwie najbardziej sucha ze wszystkich notatek mówiącej światu o tej tragedii była ta umieszczona w Roczniku Papieskim z roku 1980. W tym opasłym informatorze, zawierającym dane osobowe i inne praktyczne informacje, na liście ostatnio zmarłych książąt Kościoła pojawiło się tylko nazwisko kardynała, bez jakiegokolwiek komentarza.

Vincennesa to nie kto inny tylko... Jean-Marie Villot.

Kim był tajemniczy bp Leo?

Prawdopodobnie amerykański bp Russell.

Dom smagany wiatrem: opis intronizacji


Intronizacja upadłego Archanioła Lucyfera dokonała się

w Cytadeli Kościoła katolickiego 29 lipca 1963 roku.

Był to "właściwy czas" dla spełnienia się historycznej przepowiedni. Główni aktorzy tej ceremonii doskonale wiedzieli, że tradycja satanistyczna już dawno przepowiedziała, że Czas Księcia nadejdzie wówczas, gdy papież przybierze imię Apostoła Pawła. Warunek ten - znak, że nadszedł właściwy czas - został spełniony dokładnie osiem dni temu przez wybór najnowszego następcy św. Piotra.
W tym krótkim czasie, jaki upłynął od elekcji papieża, nie dało się ukończyć skomplikowanych przygotowań; Najwyższy Trybunał zdecydował jednak, że trudno o lepszy czas na intronizację Księcia niż ten uroczysty dzień bliźniaczych książąt Cytadeli, świętych Piotra i Pawła. I nie było stosowniejszego miejsca niż Bazylika św. Pawła za Murami, usytuowana tak blisko Pałacu Apostolskiego.
Skomplikowane przygotowania podyktowane były głównie naturą mającego się odbyć Wydarzenia Ceremonialnego. Ochrona budynków watykańskich, pośród których leżał klejnot w postaci Bazyliki św. Pawła, była tak staranna, że z pewnością nie uda się ukryć uroczystego ceremoniału. Jeśli przedsięwzięcie miało zostać uwieńczone sukcesem - jeśli Wejście Księcia miało się dokonać we właściwym czasie - każdy element celebracji ofiary kalwaryjskiej musi zostać postawiony na głowie w przebiegu tej drugiej, przeciwstawnej celebracji. Sacrum musi zostać sprofanowane. Bluźnierstwo adorowane. Bezkrwawa reprezentacja ofiary Bezimiennego Słabego musi być zastąpiona przez najwyższą i krwawą deprawację godności Bezimiennego. Wina musi stać się niewinnością. Cierpienie musi dawać radość. Łaska, skrucha, przebaczenie muszą być utopione w orgii przeciwieństw. A wszystko to musi być wykonane bezbłędnie. Sekwencja wydarzeń, znaczenie słów, waga czynności - wszystko to musi być opatrzone perfekcyjnie wykonanym świętokradztwem, ostatecznym rytuałem zdrady.
Cała ta delikatna operacja została złożona w doświadczone ręce zaufanego stróża Księcia w Rzymie. Mistrz skomplikowanego ceremoniału Kościoła rzymskiego, dostojnik o granitowej twarzy i cierpkim języku, był jeszcze większym mistrzem książęcego ceremoniału ciemności i ognia. Wiedział, że bezpośrednim celem każdego ceremoniału jest oddanie czci "obeldze rozpaczy". Lecz obecnie istniał jeszcze dalszy cel polegający na przeciwstawieniu się Bezimiennemu Słabemu w jego bastionie, opanowania Cytadeli Słabego ww właściwym czasie, zapewnienie wejścia Księcia do Cytadeli jako nieodpartej siły, wyparcie strażnika Cytadeli, przejęcie pełnej władzy nad kluczami wręczonymi strażnikowi przez Słabego.
Stróż próbował zmierzyć się z problemem bezpieczeństwa. Takie niewinne elementy, jak pentagram, czarne świecie i odpowiednie draperie ujdą jako rzymski ceremoniał. Lecz pozostałe rubryki - misa z piszczelami i rytuał Din na przykład, zwierzęta ofiarne i sama ofiara - tego byłoby już za wiele. Musi się więc odbyć dwie równoczesne celebracje. Koncelebracja mogłaby być dokonana z równym skutkiem przez braci w autoryzowanej kaplicy celującej. Gdyby wszyscy uczestnicy  w obu miejscach "wzięli na cel" każdy element wydarzenia w bazylice rzymskiej, wówczas wydarzenie w całej swej pełni dokonałoby się w sposób szczególny w obszarze docelowym. Byłoby to tylko sprawą jedności serc, tożsamości intencji i perfekcyjnej synchronizacji słów i czynności pomiędzy kaplicą celującą a kaplicą docelową. Żywa wole i myślące umysły uczestników skoncentrowałyby się na przybytku Księcia, odległość przestałaby mieć znaczenie.
Dla człowieka tak doświadczonego jak Stróż wybór kaplicy celującej nie nastręczał najmniejszych trudności. Wystarczyło zadzwonić do Stanów Zjednoczonych. W ciągu tych wszystkich lat wyznawcy Księcia w Rzymie osiągnęli doskonałą jedność serc i i taką samą jedność intencji z przyjacielem Stróża Leonem, biskupem kaplicy w Południowej Karolinie. Imię Leon nie było prawdziwym imieniem tego człowieka, lecz raczej opisem jego wyglądu. Srebrna grzywa na wielkiej głowie każdemu, kto na niego patrzył, kojarzyła się z rozwianą grzywą lwa. Od kiedy jego ekscelencja, gdzieś w latach czterdziestych, ustanowił tę kaplicę, okazał się niezrównanym mistrzem operacji - dzięki liczbie i znaczeniu Uczestników, jakich potrafił przyciągnąć, dzięki częstej i szybkiej współpracy z tymi, którzy uznawali jego przekonania i ostateczne cele. Obecnie jego kaplica cieszyła się powszechnym szacunkiem inicjatów jako kaplica matka Stanów Zjednoczonych.
Wiadomość, że jego kaplica została autoryzowana jako kaplica celująca w tak wielkim wydarzeniu, jakim miała być intronizacja Księcia w samym sercu rzymskiej Cytadeli, przyjęta została przez Leona z najwyższą satysfakcją. A co do spraw praktycznych, to jego ogromna wiedza i doświadczenie w przeprowadzaniu ceremoniału oszczędzi im obu wiele czasu. Nie było na przykład potrzeby przypominania mu o wadze  zasady sprzeczności, na której opiera się cała struktura kultu Archanioła. Nie mogło też być najmniejszych wątpliwości co do jego pragnienia włączenia się w ostateczną strategię tej bitwy, której celem był koniec Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji papieskiej, jaką była od chwili założenia jej przez Bezimiennego Słabego.
Stróż nie musiał mu nawet wyjaśniać, że ostatecznym celem operacji nie była w sensie dosłownym likwidacja rzymskiej organizacji katolickiej. Leon doskonale rozumiał, że byłoby to posunięcie znamionujące brak inteligencji i najzupełniej nieekonomiczne. O wiele lepiej było zamienić tę organizację w coś naprawdę użytecznego, zhomogenizowanie jej i przystosowanie do wielkiego światowego porządku ludzkości. Postawienie przed nią uniwersalnych humanistycznych - i tylko humanistycznych - celów.
Dwaj identycznie myślący eksperci - Stróż i amerykański biskup - ograniczyli więc konieczne ustalenia dotyczące bliźniaczych wydarzeń ceremonialnych do listy nazwisk i inwentarza rubryk.
Lista Stróża - uczestników w kaplicy rzymskiej - zawierała imiona ludzi najwyższego kalibru, wysokich rangą dostojników kościelnych i liczących się prawników. Byli to oddani słudzy Księcia w Cytadeli. Niektórzy zostali wybrani, dokooptowani, przeszkoleni i wypromowani w ciągu dziesięcioleci w ramach falangi rzymskiej, pozostali reprezentowali nowe pokolenie gotowe rozwijać program Księcia przez kolejne dziesięciolecia. Wszyscy doskonale rozumieli potrzebę pozostania w ukryciu. Reguła mówiła bowiem jasno: "Gwarancją naszego jutra jest przekonanie ludzi dzisiejszych, że my nie istniejemy".
Grafik Leona obejmujący mężczyzn i kobiety, którzy zdobyli sobie znaczącą pozycję w biznesie, rządzie i życiu społecznym, był imponujący, ku pełnemu zadowoleniu Stróża. A ofiara - dziecko - jak powiedział jego ekscelencja, będzie prawdziwym majstersztykiem złamania niewinności.
Lista rubryk potrzebnych do wykonania równoległej ceremonii sprowadzała się głównie do elementów, które będą zrealizowane w Rzymie. Co się zaś tyczyło kaplicy celującej Leona, to musi ona mieć kilka naczyń zawierających ziemię, powietrze, ogień i wodę. Załatwione. Musi mieć misę z piszczelami. Załatwione. Czerwone i czarne filary. Załatwione. Tarczę. Załatwione. IW ten sposób przeszli do końca listę niezbędnych rekwizytów. Załatwione. Załatwione.
Sposób synchronizacji ceremonii w obu kaplicach nie był Leonowi obcy. Jak zwykle zostaną przygotowane wydruki, przez niewierzących nazywane mszałami, do użytku uczestników ceremonii w obu kaplicach. Jak zwykle będą to teksty w nieskazitelnej łacinie. Po obu stronach gońcy ceremonialni będą pilnować połączenia telefonicznego, tak by uczestnicy mogli wykonywać swoje części w doskonałej harmonii z braćmi współcelebrującymi.
W trakcie trwania wydarzenia serce każdego uczestnika musi być doskonale wypełnione nienawiścią zamiast miłości. Zadośćuczynienie bólu i konsumacja muszą się wypełnić w sposób doskonały w kaplicy celującej pod przewodnictwem Leona. Autoryzacja, instrukcje i dowody - końcowe i kulminacyjne momenty właściwe na tę okazję - będzie miał honor osobiście zaaranżować w Watykanie stróż.
A jeśli każdy wypełni dokładnie to, czego wymaga reguła, Książę nareszcie skonsumuje prastary odwet nad Słabym, Bezlitosnym Wrogiem, który przez wieki paradował w przebraniu Najwyższego Miłosiernego, który widział wszystko nawet w najciemniejszych mrokach.
 Leon mógł sobie wyobrazić resztę. W wydarzeniu intronizacji w sposób niewidoczny i bezkolizyjny dokona się doskonałe nałożenie ceremonii, w wyniku którego Książę stanie się oficjalnie utajonym członkiem Kościoła w rzymskiej Cytadeli. Intronizowany w ciemności, Książę będzie mógł pogłębiać tę ciemność, jak nigdy dotąd. Będzie to dotyczyło w jednakim stopniu przyjaciół i wrogów. Wola pogrąży się w tak głębokiej ciemności, że omroczy nawet oficjalny cel istnienia Cytadeli: wieczną adorację Bezimiennego. W samą porę - i nareszcie - Kozioł wyprze Baranka i wejdzie w posiadanie Cytadeli. Książę zawładnie domem - Domem pisanym dużą literą - który do niego nie należy.
- Pamiętaj o tym, przyjacielu - biskup Leon drżał z niecierpliwości. -  Dokona się niedokonane. Będzie to przypieczętowanie mojej kariery. Wydarzenie przypieczętowujące los dwudziestego wieku.
Leon nie bardzo się pomylił.

Była noc. Stróż wraz kilkoma akolitami pracował w ciszy nad przygotowaniem wszystkiego w Kaplicy docelowej - Bazylice św. Pawła. Na wprost ołtarza ustawiono półkolem klęczniki.  W pięciu świecznikach stojących na ołtarzu pyszniły się eleganckie czarne ogarki. Na tabernakulum umieszczono srebrny pentagram i przykryto go krwawoczerwoną zasłoną. Po lewej stronie ołtarza umieszczony był tron - symbol Księcia panującego. Ściany pokryte ślicznymi freskami wyobrażającymi sceny z życia Chrystusa i Apostołów zostały zasłonięte czarnymi draperiami bramowanymi złotem w kształcie figur symbolizujących historię Księcia.
Kiedy zbliżyła się wyznaczona godzina, oddani słudzy Księcia poczęli wypełniać Cytadelę. Byli to członkowie rzymskiej falangi. Pośród nich znajdowało się kilku najwybitniejszych członków kolegium kardynalskiego, hierarchii i biurokracji Kościoła rzymskokatolickiego. Byli też pośród nich świeccy reprezentanci falangi, równie znakomici, jak członkowie hierarchii.
Weźmy choćby tego Prusaka, który właśnie ukazał się w drzwiach. Pokazowy egzemplarz nowego narybku prawniczego. Nie miał nawet czterdziestu lat, gdy zaczął odgrywać znaczącą rolę w pewnych krytycznych wydarzeniach transnarodowych. Nawet światła czarnych świec odbijały się w jego okularach w stalowej oprawie i łysinie, jakby go chciały wyróżnić. Wybrany jako delegat międzynarodowy i nadzwyczajny pełnomocnik na ten akt intronizacji, Prusak zaniósł na ołtarz skórzany mieszek zawierający list autoryzacyjny i instrukcję, a następnie zajął miejsce na jednym z klęczników.
Jakieś pół godziny przed północą wszystkie klęczniki były już zajęte przez aktualne pokłosie tradycji Księcia, która została zaszczepiona i była kultywowana w starożytnej Cytadeli w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat. Jakkolwiek na razie ograniczona liczebnie, grupa ta pozostawała w ochronnym mroku jako ciało obce i duch pozaziemski w swym gospodarzu i zarazem ofierze. Przenikali do urzędów i działań podejmowanych przez rzymską Cytadelę, rozsiewając swoje symptomy w krwiobiegu Kościoła Powszechnego niby podskórna infekcja. Symptomy te to cynizm i indyferentyzm, przestępstwa i partactwo na wysokich posadach, lekceważenie prawdziwej doktryny, odrzucenie osądu moralnego, utrata czujności w sprawach świętych, zamazywanie podstawowych zasad tradycji oraz wyrazów i gestów, które ją przywołują.
Tacy to ludzie zgromadzili się w Watykanie na uroczystość intronizacji. I taka była ich tradycja, którą utwierdzali w kwaterze głównej światowej administracji - w rzymskiej Cytadeli. Trzymając w ręku kartki z wydrukowanym ceremoniałem, z oczami utkwionymi w ołtarz i tron, skupiając umysł i wolę, czekali w ciszy, aż wybije północ, wprowadzając ich w uroczystość świętych Piotra i Pawła, tego najważniejszego świętego dnia Rzymu.

Kaplica celująca - przestronny hol na parterze szkółki parafialnej - została urządzona ściśle zgodnie z regułą. Biskup Leon wszystkiego doglądał osobiście. W tej chwili wybrani specjalnie na tę okazję akolici spokojnie poprawiali ostatnie szczegóły, podczas gdy on sprawdzał wszystko po kolei.
A więc najpierw ołtarz umieszczony w północnej części kaplicy. Na ołtarzu okazały krucyfiks, głową zwrócony na północ. O włos dalej pentagram osłonięty czerwoną zasłoną, umieszczony pomiędzy dwiema czarnymi świecami. U góry czerwona wieczna lampka żarząca się rytualnym płomieniem. Po wschodniej stronie ołtarza - klatka; a w klatce sześciotygodniowe szczenię, pod wpływem środków uspokajających czekające cierpliwie na ten krótki moment, gdy będzie użyteczne dla Księcia. Za ołtarzem - hebanowe świecie czekające, by rytualny płomień dotknął ich knotów.
Szybkie spojrzenie na ścianę południową. Na małym kredensie - kadzielnica oraz puszka zawierająca kawałki węgla drzewnego i kadzidło. Przed kredensem ustawiono czerwone i czarne kolumny, z których zwisa tarcza węża i dzwon nieskończoności. Rzut oka w kierunku wschodnim: pojemniki z ziemią, powietrzem, ogniem i wodą otaczające drugą klatkę. W klatce - gołąb, nieświadomy swego losu jako parodii nie tylko Bezimiennego Słabego, lecz całej Trójcy Świętej. Pod ścianą zachodnią pulpit i księga w gotowości. Półkole klęczników obrócone na północ, w kierunku ołtarza. Po obu stronach rzędu klęczników emblematy Wejścia: misa z piszczelami po stronie zachodniej, najbliżej drzwi; po stronie wschodniej - wschodzący księżyc i pięcioramienna gwiazda, skierowana ku górze punktami Kozła. Na każdym klęczniku kopia mszału dla każdego z uczestników.
Wreszcie Leon kieruje wzrok na wejście do kaplicy. Specjalne ornaty intronizacyjne, identyczne z tymi, jakie on i jego Akolici mają już na sobie, wiszą na stojaku tuż za drzwiami wejściowymi. Sprawdził godzinę na dużym zegarze ściennym w chwili nadejścia pierwszych uczestników. Zadowolony z przygotowań, skierował się do obszernej przylegającej szatni służącej za zakrystię. Arcykapłan i ojciec Medico zapewne zdążyli już przygotować ofiarę. Jeszcze tylko niecałe pół godziny i jego goniec ceremonialny zainauguruje połączenie telefoniczne z kaplicą docelową w Watykanie. Wtedy nadejdzie godzina.

Określone wymogi co do fizycznego przygotowania obu kaplic dotyczyły także przygotowania uczestników. Ci w Bazylice św. Pawła - sami mężczyźni - mieli na sobie szaty i paliusze, stosownie do kościelnej rangi, lub nienagannie skrojone czarne garnitury w przypadku osób świeckich. Skoncentrowani na jednym celu, z oczami utkwionymi w ołtarz i pusty Tron, wydawali się pobożnymi duchownymi rzymskimi lub świeckimi uczestnikami nabożeństwa, za których byli powszechnie uważani.
Rangą dorównując rzymskiej falandze, uczestnicy amerykańscy w kaplicy celującej stanowili jednak ostry kontrast do swoich kolegów w Watykanie. Tutaj zjawiali się mężczyźni i kobiety. Nie zasiadali oni w klęcznikach w eleganckich ubraniach, lecz zaraz po wejściu rozbierali się do naga, a następnie zakładali pojedynczą szatę bez szwów, przepisaną na okazję intronizacji; szata była krwistoczerwona na znak ofiary, długa do kolan, bez rękawów, z wycięciem pod szyją w kształcie litery V, otwarta z przodu. Rozbieranie i ubieranie odbywało się w milczeniu, bez pośpiechu i podniecenia. Całkowita koncentracja, rytualny spokój.
Po przebraniu się uczestnicy przechodzili obok misy z piszczelami i zanurzali w niej rękę, wyciągali garstkę kości i zajmowali miejsca na klęcznikach ustawionych w półkolu na wprost ołtarza. Misa stopniowo opróżniała się, uczestnicy wypełniali klęczniki, ciszę wyypełnił rytualny hałas. Nieustannie potrząsając kośćmi, każdy z Uczestników zaczął mówić - do siebie, do innych, do Księcia, po prostu w pustą przestrzeń. Na początku nie były to głosy ochrypłe, lecz rozbrzmiewające chaotycznie w rytualnej kadencji.
Wciąż przybywali nowi uczestnicy. Brali kości, wypełniali pozostałe klęczniki. Bezładna kadencja poczęła przybierać na sile w delikatnym, kakofonicznym sussurro. Wzbierająca fala niezrozumiałych modłów i błagań, potrząsania kośćmi przerodziła się w rodzaj kontrolowanej ekstazy. Dźwięki stawały się gniewne, nabrzmiałe przemocą. Stawały się kontrolowanym koncertem chaosu. Rozdzierającym duszę wyciem nienawiści i buntu. Ześrodkowanym preludium mającej nastąpić intronizacji Księcia tego świata do Cytadeli Słabego.

W powiewającej wdzięcznie krwistoczerwonej szacie Leon wstąpił do zakrystii. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wszystko jest w idealnym porządku. Jego koncelebrans, łysy arcykapłan w okularach, zapalił pojedynczą świecę w przygotowaniu do procesji. Napełnił ogromny złoty kielich czerwonym winem i przykrył go srebrną pateną. Na patenie ułożył ogromny biały opłatek przaśnego chleba.
Trzeci mężczyzna, ojciec Medico, siedział na ławce. Ubrany tak samo jak pozostali dwaj, trzymał na kolanach dziecko. Własną córkę Agnieszkę. Leon z zadowoleniem odnotował, że Agnieszka była spokojna i pogodzona z czekającą ją przemianą. Rzeczywiście, tym razem wydawała się gotowa. Ubrano ją w luźną białą szatę do kostek. I podobnie jak jej pieskowi zaaplikowano jej środki uspokajające mające działać do czasu, gdy zacznie się jej rola w misterium.
- Agnisiu - szepnął Medico do ucha dziecka. - Za chwilę nadejdzie pora, by pójść z tatusiem.
- To nie mój tatuś...
Mimo zażytych leków udało jej się podnieść oczy na ojca. Jej głosik był słaby, lecz słyszalny.
- Bozia jest moim tatusiem...
- BLUŹNIERSTWO!
Słowa Agnieszki błyskawicznie zgasiły zadowolenie Leona, jego oczy ciskały błyskawice.
- Bluźnierstwo! - wyrzucił z siebie ponownie to słowo niczym pocisk.
Jego usta zamieniły się w wylot armaty, zasypując Medica gradem wyrzutów. Ten człowiek, chociaż lekarz, był po prostu partaczem! Dziecko trzeba było odpowiednio przygotować! Było na to dość czasu!
Słysząc wyrzuty biskupa Leona, Medico zrobił się szary na twarzy. Lecz na jego córce gniew biskupa nie zrobił żadnego wrażenia. Próbowała skierować spojrzenie swych niezwykłych oczu na kipiącego gniewem Leona; z trudem pokonując omdlenie, powtórzyła swój sprzeciw:
- Bozia jest moim tatusiem...!
Drżąc z podniecenia, ojciec Medico ujął główkę córki, próbując odwrócić jej twarz ku sobie.
- Kochanie - perswadował. - Ja jestem twoim tatusiem. Zawsze byłem twoim tatusiem. I twoją mamusią, od kiedy odeszła.
- Nie moim tatusiem... Pozwoliłeś zabrać Flinnie... Nie róbcie krzywdy Flinniemu... To... tylko mały szczeniak... Bozia stworzyła małe pieski...
- Posłuchaj mnie, Agnisiu. Ja jestem twoim tatusiem. Już czas...
- Nie moim tatusiem... Bozia jest moim tatusiem... Bozia jest moją mamusią... Tatusiowie nie robią rzeczy, które nie podobają się Bozi... Nie moim...
Świadom, że kaplica w Watykanie czeka na uruchomienie ceremonialnego połączenia, Leon gwałtownym skinieniem głowy dał znak arcykapłanowi. Jak tyle razy w przeszłości, jedynym wyjściem była procedura awaryjna. A jeśli ofiara - zgodnie z regułą - ma być świadoma podczas pierwszej rytualnej konsumacji, musieli to zrobić teraz.
Spełniając kapłańską powinność, Arcykapłan usiadł obok ojca Medico i przeniósł omdlałe od narkotyków ciało Agnieszki na własne kolana.
- Agnisiu, posłuchaj. Ja też jestem twoim tatusiem. Pamiętasz, jak bardzo się kochaliśmy? Pamiętasz?
  Lecz Agnieszka walczyła uparcie.
- Nie mój tatuś... tatusiowie nie robią mi złych rzeczy... nie krzywdźcie mnie... nie krzywdźcie Pana Jezusa..."

W późniejszych latach pamięć Agnieszki o tej nocy - bo jednak ją pamiętała - nie zachowa dotykania jej ciała, całej pornograficznej otoczki. Pamięć o tej nocy, kiedy już ją sobie przypomni, zleje się z pamięcią całego dzieciństwa. Z pamięcią nieustannego ataku zła. Z pamięcią - nigdy nie zawodzącym ją poczuciem - zalanej światłem głębi tabernakulum w jej dziecinnej duszy, gdzie światłość przemieniała jej męczarnie w odwagę, dzięki której mogła walczyć.
W jakiś sposób wiedziała, choć jeszcze tego nie rozumiała, że to wewnętrzne tabernakulum było miejscem, w którym naprawdę żyła. To centrum jej istoty było nietykalnym azylem zamieszkującej w niej siły, miłości i ufności; miejscem, gdzie cierpiąca Ofiara - prawdziwy cel ataków złego na Agnieszkę - na zawsze uświęciła jej cierpienie Swym własnym cierpieniem.
To właśnie z wnętrza tego azylu Agnieszka słyszała każde słowo wypowiadane w zakrystii w noc intronizacji. To z głębi tego azylu widziała przebijające ją twarde oczy biskupa Leona i nieruchomy wzrok arcykapłana. Znała cenę oporu. Czuła, że zabrano jej ciało z kolan ojca. Widziała światło odbijające się w okularach arcykapłana. Widziała, jak ojciec przysuwa się do niej. Widziała igłę w jego dłoni. Poczuła ukłucie. Znów poczuła działanie leku. Czuła, że ktoś ją podnosi. Lecz nadal walczyła. Walczyła, by widzieć. Walczyła z bluźnierstwem; ze skutkami gwałtu; ze śpiewami; z horrorem, który miał dopiero nadejść.
Sparaliżowana lekiem, nie mogła się nawet poruszyć; wezwała na pomoc całą swoją wolę jako jedyną broń i ponownie wyszeptała słowa oporu i udręki:
- Nie mój tatuś... Nie czyńcie krzywdy Panu Jezusowi... Nie czyńcie mi krzywdy...

Wreszcie nadeszła godzina. Początek właściwego czasu wejścia Księcia do Cytadeli. Na dźwięk dzwonu nieskończoności wszyscy uczestnicy w kaplicy Leona wstali jak jeden mąż. Trzymając w rękach kartki mszalne, przy niemilknącym, przerażającym akompaniamencie klekocących kości, zaintonowali na całe gardło procesjonał, triumfalną profanację hymnu świętego Pawła Apostoła:
Maran Atha! Przybądź, Panie! Przybądź, Książę. Przybądź! O przybądź!...
Wprawni akolici - mężczyźni i kobiety - poprowadzili procesję z zakrystii do ołtarza. Z tyłu za nimi, przygnębiony, lecz godnie wyglądający nawet w swym krwistoczerwonym stroju, postępował ojciec Medico niosący na rękach ofiarę, którą ułożył na ołtarzu obok krucyfiksu. W migotliwym cieniu zasłoniętego pentakla jej włosy prawie dotykały klatki z małym pieskiem. Teraz - stosownie do swej godności, z oczami błyszczącymi za okularami - arcykapłan wziął do ręki jedyną czarną świecę  i zajął miejsce po lewej stronie ołtarza. Na końcu szedł biskup Leon, niosący kielich i hostię; przyłączył się do śpiewu zebranych, intonujących hymn na Wejście.
- Niech się tak stanie! - wionęły ponad ołtarzem końcowe słowa hymnu w kaplicy celującej.
"Niech się tak stanie!" Starożytna pieśń musnęła bezwładne ciało Agnieszki, spowijając mgłą jej duszę głębiej niż leki, potęgując uczucie chłodu, który, jak wiedziała z doświadczenia, miał ją całkowicie ogarnąć.
- Niech się tak stanie! Amen! Amen! - wionęły starożytne słowa ponad ołtarzem Bazyliki św. Pawła. Łącząc w jedno swe serca i wolę z sercami i wolą celujących uczestników w Ameryce, falanga rzymska zaintonowała wybrany, zmieniony fragment z mszału rzymskiego, zaczynający się od Hymnu do Dziewicy Zgwałconej, a kończący się Koroną Inwokacji Thorna.
W kaplicy celującej biskup Leon zdjął z szyi mieszek ofiarny i ułożył go ze czcią pomiędzy głową krucyfiksu a podstawą pentagramu. Następnie przy akompaniamencie podjętego na nowo chóralnego mruczando i klekotania kości, akolici umieścili trzy kawałki kadziła na rozżarzonych węglach w kadzielnicy. Prawie natychmiast niebieski dym rozszedł się po holu, a ostra woń kadzidła spowiła ofiarę, celebransów i uczestników.
W omdlałej duszy Agnieszki dym, zapach kadzidła, działanie leków oraz chłód i rytualny hałas - wszystko zmieszało się w jedną ohydną kadencję.
Choć nikt nie dał sygnału, doskonale wyszkolony posłaniec ceremonialny poinformował swego watykańskiego odpowiednika, że inwokacje właśnie się zaczynają. Nagła cisza spowiła amerykańską kaplicę. Biskup Leon uroczyście uniósł krucyfiks leżący obok ciała Agnieszki, oparł go głową w dół o ołtarz i zwracając się twarzą do zgromadzenia, podniósł lewą rękę do odwróconego znaku błogosławieństwa: grzbiet dłoni zwrócony ku zgromadzeniu, kciuk i dwa palce środkowe przyciśnięte do wewnętrznej strony dłoni, mały i wskazujący palec uniesione jako symbol rogów Kozła.
- Módlmy się!
W atmosferze mroku i ognia główny celebrans w każdej z kaplic zaintonował serię inwokacji do Księcia. Uczestnicy w każdej z kaplic odpowiadali na wezwania celebransów. Następnie - ale tylko w amerykańskiej kaplicy celującej - każdemu responsowi towarzyszyło odpowiednie działanie - rytualne wykonanie ducha i znaczenia słów. Nad osiągnięciem kadencji doskonałej słów i woli między obiema kaplicami czuwali gońcy ceremonialni.  Od tej właśnie kadencji doskonałej zależało odpowiednie uformowanie intencji ludzi, w które miał być przybrany dramat intronizacji Księcia.
- Wierzę w jedną Moc - wyrzekł z przekonaniem biskup Leon.
- A imię jej Kosmos - zaintonowali uczestnicy w obu kaplicach, odwracając odpowiedź mszału rzymskiego. Towarzyszyło jej odpowiednie działanie w kaplicy celującej. Dwaj akolici okadzili ołtarz, dwaj inni ustawili na ołtarzu pojemniki z ziemią, powietrzem, ogniem i wodą, skłonili się przed biskupem i powrócili na swoje miejsca.
- I w Jednorodzonego Syna Kosmicznego Brzasku - zaintonował Leon.
- A imię jego Lucyfer - brzmiał drugi respons.
Akolici Leona zapalili świece i okadzili pentagram.
Trzecia inwokacja:
- Wierzę w Tajemniczego.
I trzecia odpowiedź:
- Którym jest Wąż Jadowity na Drzewie Życia.
Przy akompaniamencie klekocących kości pomocnicy podeszli do czerwonego filara i odwrócili Tarczę Węża, ukazując odwrotną jej stronę wyobrażającą Drzewo Znajomości Dobra i Zła.
Wtedy Stróż w Rzymie i biskup w Ameryce zgodnie zaintonowali czwartą inwokację:
- Wierzę w Pradawnego Lewiatana.
I unisono poprzez ocean i kontynent popłynęła czwarta odpowiedź:
- A imię jego Nienawiść.
Nastąpiło okadzenie czerwonego filaru z Drzewem Wiadomości Dobrego i Złego.
Piąta inwokacja brzmiała:
- Wierzę w Pradawnego Lisa.
I piąty donośny respons:
- A imię jego Kłamstwo.
Tu okadzono czarną kolumnę jako symbol rozpaczy i wszelkiej obrzydliwości.
W migotliwym świetle ogarków, spowity kłębami niebieskiego dymu, Leon skierował wzrok na klatkę z Flinnim stojącą tuż obok ciała Agnieszki rozciągniętego na ołtarzu. Szczeniak przebudził się z letargu, podniósł się na cztery łapy, podniecony hałasem śpiewów, klekotania kości.
- Wierzę w Pradawnego Kraba - zaintonował Leon szóstą inwokację.
- A imię jego jest Żywy Ból - zagrzmiała szósta odpowiedź, a kości klekotały miarowo.
Teraz oczy wszystkich zwróciły się na akolitę, który podszedł do ołtarza i sięgnął ręką do klatki. Piesek zamachał ogonkiem, spodziewając się pieszczoty. Tymczasem akolita wprawnym ruchem wyszarpnął zwierzę z klatki, drugą ręką dokonując błyskawicznej wiwisekcji, poczynając od usunięcia genitaliów wyjącego szczeniaka. Ekspert w swoim fachu, umiejętnie przedłużał cierpienie psa i frenetyczną radość uczestników rytuału zadawania bólu.
Lecz nie wszystkie odgłosy zagłuszał piekielny hałas przerażającej celebracji. Był jeszcze słabiutki głosik śmiertelnej walki Agnieszki. Bezgłośnego jej krzyku w odpowiedzi na agonię pieska. Dźwięk niesłyszalnych słów. Dźwięk błagania i cierpienia.
- Bozia jest moim tatusiem!... Święta Bozia!... Mój pieseczek!... Nie róbcie krzywdy Flinniemu!... Bozia jest moim tatusiem!...Nie róbcie krzywdy Panu Jezusowi... Święta Bozia...
Czujny na każdy szczegół, biskup Leon rzucił okiem na ofiarę. Będąc w stanie bliskim nieświadomości, ofiara wciąż walczyła. Wciąż protestowała. Wciąż jeszcze czuła ból. Wciąż jeszcze się modliła z tym swoim nieustępliwym oporem. Leon był zachwycony. Co za doskonała ofiara. Jak przyjemna musi być Księciu. Bezlitośnie i bez najmniejszej przerwy Leon i Stróż przeprowadzili swoje zgromadzenia przez resztę czternastu w sumie inwokacji, a odpowiednie działania towarzyszące każdej odpowiedzi stawały się zgiełkliwym teatrem perwersji. Wreszcie biskup Leon zakończył pierwszą część ceremonii wielką inwokacją:
- Wierzę, że Książę tego świata zostanie tej nocy intronizowany do Starożytnej Cytadeli  i z tego miejsca stworzy Nową Wspólnotę.
I przyszła odpowiedź, robiąca przerażające wrażenie nawet w tym upiornym otoczeniu:
- A imię jej będzie Powszechny Kościół Człowieka.
Teraz nadeszła pora, by Leon podniósł z ołtarza Agnieszkę. Pora, by arcykapłan uniósł prawą ręką kielich, a lewą ogromną hostię. Pora, by Leon przewodniczył modlitwie ofiarowania, po każdym rytualnym pytaniu czekając na odpowiedzi zawarte w mszałach trzymanych przez uczestników.
- Jakie było imię tej ofiary przy pierwszych narodzinach?
- Agnieszka!
- Jakie było imię tej ofiary przy drugim narodzeniu?
- Agnieszka Zuzanna!
- Jakie było imię tej ofiary przy trzecich narodzinach?
- Rahab Jerycho!
Teraz Leon ponownie ułożył Agnieszkę na ołtarzu, a następnie nakłuł wskazujący palec jej lewej ręki, a z małej ranki wypłynęła krew.
Chłód przeszywał jej ciało, miała mdłości, czuła, jak podnoszą ją z ołtarza, lecz już nie była w stanie poruszać oczami. Czuła ostre ukłucie w lewej ręce. Docierały do niej słowa zawierające zagrożenie, którego nie potrafiła wysłowić: "Ofiara... Agnieszka... narodzona po raz trzeci... Rehab Jerycho..."
Leon umoczył wskazujący palec lewej ręki we krwi Agnieszki i unosząc go tak, by mogli to zobaczyć uczestnicy, rozpoczął modlitwę ofiarowania.
- Krew naszej Ofiary została przelana * aby nasza służba Księciu była doskonała. * Aby sprawował najwyższą władzę w Domu Jakuba * W Ziemi Obiecanej Wybrańca.
Teraz przyszła kolej na arcykapłana. Trzymając wysoko kielich i hostię, wygłosił rytualną odpowiedź ofiarowania:
- Zabieram cię ze sobą, przeczysta ofiaro * Zabieram cię do nieświętej północy - Zabieram cię na wzgórze Księcia.
Arcykapłan ułożył hostię na piersiach Agnieszki, trzymając kielich z winem nad jej piersią.
Mając po prawicy i po lewicy arcykapłana i akolitę Medica, biskup Leon spojrzał na gońca ceremonialnego. Upewniwszy się, że Stróż o granitowej twarzy i jego rzymska falanga tworzą wraz z nim doskonały tandem, znów zaintonował wraz ze współcelebransami modlitwę ofiarowania:
- Prosimy cię, Panie, Lucyferze, Książę Ciemności * Który gromadzisz wszystkie nasze ofiary * Wejrzyj łaskawie na naszą ofiarę * Złożoną na popełnienie wielu grzechów.
A potem bezbłędnym unisono, jakiego nabiera się po latach praktyk, biskup i arcykapłan wygłosili najświętsze słowa łacińskiej mszy. Przy podniesieniu hostii:
- HOC EST ENIM CORPUS MEUM.
Przy podniesieniu kielicha:
HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI, MYSTERIUM FIDEI QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM. HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITIS IN MEI MEMORIAM FACIETIS.
Zebrani natychmiast odpowiedzieli wznowieniem rytualnego hałasu, kakofonią dźwięków, mieszaniną wyrazów i klekotu kości, i towarzyszących temu lubieżnych gestów wszelkiego rodzaju. Tymczasem biskup spożył odrobinę hostii i upił łyczek wina z kielicha.
Na sygnał Leona - ponownie odwrócone błogosławieństwo znakiem - rytualny hałas przybrał formę nieco bardziej uporządkowanego chaosu, kiedy uczestnicy posłusznie ustawili się w kolejce. Przechodząc obok ołtarza, gdzie otrzymywali komunię - odrobinę hostii, łyczek z kielicha - mieli też okazję podziwiać Agnieszkę. Lecz nie chcąc uronić nic z pierwszego rytualnego gwałtu na ofierze, szybko wracali do swoich klęczników, patrząc w napięciu, jak biskup skupia całą uwagę na dziecku.
Uczuwszy na sobie ciężar ciała biskupa, Agnieszka z całej siły próbowała uwolnić się od niego. Nawet teraz usiłowała wykręcić głowę, jakby szukała pomocy w tym bezlitosnym miejscu. Lecz pomoc nie znikąd nie nadchodziła. Był tylko arcykapłan czekający na swoją kolej w tym niewyobrażalnym świętokradztwie. Czekał także jej ojciec. I był ogień palących się czarnych świec, odbijający się czerwienią w ich oczach. Ogień zapalał się w ich oczach. Wewnątrz tych wszystkich oczu. Ogień, który będzie jeszcze palił długo, gdy pogasną świece. Palił już zawsze...
Cierpienie, które owładnęło Agnieszką tamtej nocy, jej ciałem i duszą, było tak głębokie, że chyba ogarniało cały świat. Lecz ani na chwilę nie było to tylko jej konanie. Tego była przez cały czas pewna. Kiedy słudzy Lucyfera gwałcili ją na zbezczeszczonym, nieświętym ołtarzu, gwałcili równocześnie tego Pana, który był jej tatusiem i mamusią. Tak jak On przemienił jej słabość Swoją odwagą, tak też uświęcił jej profanację swymi niewypowiedzianymi udrękami i jej długotrwałe cierpienie Swoją Męką. To do Niego - tego Pana, który był jej jedynym ojcem i jedyną matką, i jedynym obrońcą - słała bezgłośne krzyki męki, przerażenia i bólu. I to do Niego, tracąc przytomność, modliła się o ratunek.
Leon znów stał obok ołtarza, na jego zlanej potem twarzy malowało się podniecenie, była to najwyższa chwila jego triumfu. Skinienie głowy w kierunku gońca ceremonialnego czuwającego przy telefonie. Chwila oczekiwania. Skinięcie głowy tamtego w odpowiedzi. Rzym był gotów.
- Mocą przekazaną mi jako równoczesnemu celebransowi ofiary i równoczesnemu wykonawcy intronizacji, przewodniczę wszystkim tu i w Rzymie, wzywając ciebie, Książę Wszelkiego Stworzenia! W imieniu wszystkich zebranych w tej kaplicy i wszystkich braci zgromadzonych w kaplicy rzymskiej, wzywam Cię, o Książę, przybądź!
Drugiej modlitwie intronizacyjnej miał przewodniczyć arcykapłan. W tej niezwykłej chwili, gdy spełniało się najwyższe, na co kiedykolwiek czekał, recytowane przez niego łacińskie zdania były wzorem kontrolowanej emocji:
- Przybądź, obejmij w posiadanie Dom Wroga. * Wejdź do miejsca, które było dla Ciebie przygotowane. * Zstąp pomiędzy Swoje wierne Sługi * Którzy przygotowali dla Ciebie łoże, * Którzy wznieśli Twój Ołtarz i pobłogosławili go infamią.
Było godne i sprawiedliwe, by to właśnie biskup Leon zaintonował ostatnią modlitwę wprowadzenia w kaplicy celującej:
- Zgodnie ze świętymi instrukcjami z Wierzchołka Góry, * W imieniu wszystkich Braci * ja Ciebie pragnę uwielbić, Książę Ciemności. * Stułę wszystkiego, co Nieświęte * Wkładam oto w Twoje ręce * Potrójną Koronę Piotra * Zgodnie z nieugiętą wolą Lucyfera * Byś tu rządził. * Aby był Jeden Kościół, * Jeden Kościół od Morza do Morza, * Jedno Wielkie i Potężne Zgromadzenie * Mężczyzn i Kobiety, * zwierząt i roślin. * Aby nasz Kosmos znów * Był jeden, niezwiązany i wolny.
Przy ostatnim słowie, na znak dany przez Leona, wszyscy w jego kaplicy usiedli. Rytuał został przekazany do kaplicy docelowej w Rzymie.

W ten sposób intronizacja Księcia do Cytadeli Słabego prawie już dobiegła końca. Pozostała jeszcze tylko autoryzacja, ustawa instrukcyjna i dowód. Stróż podniósł oczy znad ołtarza i skierował ponure wejrzenie na międzynarodowego delegata, który przyniósł mieszek zawierający list autoryzacyjny i instrukcję. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy wstał i skierował się do ołtarza, wziął do ręki mieszek, wyjął papiery i twardym pruskim akcentem przeczytał ustawę autoryzacyjną:
- "Z mandatu Zgromadzenia i Świętych Starszych wyznaczam, autoryzuję i uznaję tę kaplicę, która odtąd będzie się nazywała Kaplicą Wewnętrzną, za zajętą, posiadaną i będącą całkowitą własnością Tego, którego intronizowaliśmy jako Pana i Mistrza naszego ludzkiego losu.
Ktokolwiek środkami tej kaplicy będzie desygnowany i wybrany na ostatniego sukcesora Urzędu Piotrowego, mocą swej urzędowej przysięgi poświęci siebie i wszystkich, którym rozkazuje, aby byli  gorliwymi instrumentami i współpracownikami Budowniczych Domu Człowieczego na Ziemi i w całym Kosmosie Człowieka. Przemieni on prastarą Wrogość w Przyjaźń, Tolerancję i Asymilację, i będzie to zastosowane do narodzin, edukacji, pracy, finansów, handlu, przemysłu, nauki, kultury, życia i dawania życia, umierania i udzielania śmierci. Niechaj tedy zostanie uformowana Nowa Era Człowieka".
- Niech się tak stanie! - zaintonował Stróż odpowiedź rzymskiej falangi.
- Niech się tak stanie! - zaintonował biskup Leon - na znak dany przez gońca ceremonialnego - wyrażając zgodę uczestników.
Następny rytualny nakaz, ustawa instrukcyjna, była to w rzeczywistości uroczysta przysięga zdrady, mocą której każdy duchowny obecny na ceremonii w Bazylice św. Pawła za Murami - czy to kardynał, biskup czy prałat - celowo i rozmyślnie sprofanuje sakrament święceń, mocą którego niegdyś otrzymał łaskę i władzę uświęcania innych.
Delegat Międzynarodowy uniósł lewą rękę, czyniąc znak.
- Czy wszyscy tu obecni i każdy z osobna - odczytywał tekst przysięgi - usłyszawszy tę Autoryzację, teraz uroczyście przysięgają przyjąć ją chętnie, jednogłośnie, natychmiast, bez żadnych zastrzeżeń lub wybiegów?
- Przysięgamy!
- Czy wy wszyscy i każdy z osobna przysięgacie uroczyście, że będziecie wykonywać swoje obowiązki z myślą o wypełnieniu celów Powszechnego Kościoła Człowieka?
- Przysięgamy uroczyście.
- Czy wy wszyscy i każdy z osobna jesteście gotowi podpisać to jednogłośne postanowienie własną krwią, oby Lucyfer cię uderzył, jeślibyś się sprzeniewierzył tej Przysiędze Zgody?
- Jesteśmy gotowi.
- Czy wy wszyscy i każdy z osobna zgadzacie się mocą tej Przysięgi przenieść Panowanie i Posiadanie waszych dusz z Prastarego Wroga, Najwyższego Słabego, we Wszechpotężne ręce naszego Pana, Lucyfera?
- Zgadzamy się.
Teraz nadeszła pora na rytuał końcowy. Na dowód.
Umieściwszy oba dokumenty na ołtarzu, delegat wyciągnął rękę do Stróża. Wówczas rzymianin o granitowej twarzy złotą pincetą nakłuł opuszkę kciuka lewej ręki delegata i złożył krwawą pieczęć przy jego nazwisku na ustawie autoryzacyjnej.
Uczestnicy watykańskiej uroczystości szybko poszli w ślady delegata. A kiedy już każdy członek rzymskiej falangi zadośćuczynił ostatniemu rytualnemu wymogowi, w Bazylice św. Pawła za Murami rozbrzmiała srebrna sygnaturka.
W kaplicy amerykańskiej trzykrotnie zawtórował jej delikatny, melodyjny głos dzwonu nieskończoności. Ding! Dong! Ding! Wyjątkowo gustowny dźwięk - pomyślał Leon - gdy oba zgromadzenia zaintonowały pieśń na wyjście:
- Bim! Bom! Bam!* Nic nie Przemoże Prastarych Bram! * Upadnie Skała i Krzyż sam * Na zawsze * Bim! Bom! Bam!
Procesja wyjściowa uformowała się odpowiednio do rang. Na początku szli akolici. Potem ojciec Medico z bezwładnym i trupiobladym ciałem Agnieszki w ramionach. Na końcu Arcykapłan i biskup Leon, którzy podjęli śpiew, znikając w zakrystii.

Członkowie falangi rzymskiej wyszli na dziedziniec św. Damazego we wczesnych godzinach rannych w święto Piotra i Pawła. Wsiadając do czekających limuzyn niektórzy kardynałowie i biskupi odpowiedzieli na pełne czci saluty gwardzistów, czyniąc machinalny gest błogosławieństwa. Dziedziniec opustoszał i tylko mury Bazyliki św. Pawła jak zawsze jaśniały wspaniałymi freskami przedstawiającymi Chrystusa i św. Pawła Apostoła, którego imię przybrał ostatni sukcesor na Stolicy Piotrowej.