Fragmenty z pracy ks. Villa.
Pius X: „Triumf Boga nad jednostkami i nad całym społeczeństwem, to nic innego, jak powrót do Boga zabłąkanych owiec przez Chrystusa, a do Chrystusa przez Jego Kościół. Oto nasz program”.
Tymczasem programem Pawła VI było doprowadzenie do utopienia Królestwa Bożego w powszechnym ekumenizmie wiary w człowieka oraz kultu człowieka, co nieuchronnie musi prowadzić do deistycznego humanizmu, który jest po myśli masońskiej ONZ.
Paweł VI: „Ale oto ujawnia się w Nas dziwny fenomen: chcąc dodać wam otuchy, udziela się Nam poniekąd woń niebezpieczeństwa, któremu chcielibyśmy zaradzić; przychodzi Nam na myśl zarówno świadomość Naszej ograniczoności, jak i wspomnienie słabości Szymona, syna Jana, powołanego przez Chrystusa i uczynionego przezeń Opoką. Wątpliwość... lęk... pokusa nagięcia wiary do nowoczesnej mentalności...”.
„Dzisiaj Kościół przechodzi przez moment niepokoju. Niektórzy ćwiczą się w samokrytyce; należało by raczej rzec: w autodestrukcji. Jest to jakby wewnętrzny, ostry i złożony wstrząs, którego po Soborze nikt by się nie spodziewał. Myślano o rozkwicie, o spokojnym rozprzestrzenianiu się koncepcji wypracowanych podczas wielkich posiedzeń soborowych. Ten aspekt też występuje w Kościele – ma tam miejsce rozkwit; ale... jeszcze bardziej trzeba dostrzegać aspekt bolesny. Oto Kościół otrzymuje razy ze strony tych, którzy do niego należą!”
"Przez jakąś szczelinę do świątyni Boga przedostał się dym Szatana: to wątpliwość, niepewność, niepokój, konfrontacja. Już się nie polega na Kościele, a na pierwszym lepszym, światowym proroku, który mówi do
nas z łamów gazet, albo na jakimś ruchu społecznym; dalej więc, przyłączać się doń, pytać się go, czy nie posiada sekretu prawdziwego życia. Nie zauważamy, że przecież sami jesteśmy w jego posiadaniu. Wątpliwość wślizgnęła się do naszych sumień wślizgnęła się oknami, które powinny być otwarte na światło...”.
„Również w Kościele zapanował ten klimat niepewności. Sądzono, że po Soborze nad historią Kościoła zajaśnieje słoneczny dzień. Tymczasem nastał dzień pochmurny, burzowy; dzień ciemności, poszukiwania, niepewności. Głosimy ekumenizm, a coraz bardziej oddalamy się od innych. Trudzimy się, by wykopywać przepaści, miast je zasypywać”.

„Jak do tego doszło? Podzielimy się z wami naszą refleksją: nastąpiła interwencja nieprzyjacielskiej mocy. A imię jej: diabeł – ów tajemniczy byt, o którym napomyka św. Piotr w swoim liście. Zresztą często na kartach Ewangelii, a także z ust samego Chrystusa, pada imię tego nieprzyjaciela ludzi. Wierzymy w coś nadnaturalnego (późniejsza korekta: pozanaturalnego), co przyszło na świat po to właśnie, by zamącić, stłamsić cały Sobór ekumeniczny, nie dopuścić do tego, by Kościół wybuchnął hymnem radości, że oto odzyskał świadomość siebie”
Tak więc sam Paweł VI rozpoznał dzieło Szatana w Kościele soborowym i posoborowym! Ale co uczynił, by uratować ten Kościół przed panowaniem Szatana, którego niszczycielską rzeczywistość dostrzegał? Nic. Co gorsza, to on rzucił łódź Piotrową w te szalejące odmęty.
Czy nie powinien był sam, poprzez kategoryczne i energiczne działania,
zepchnąć ją z mielizny, na którą wcześniej ją wmanewrował? Tymczasem
umył ręce jak Piłat:
„Papież nie uważa za stosowne przyjmować innej linii niż linię ufności w
Jezusa Chrystusa, któremu bardziej niż komukolwiek zależy na Jego
Kościele. To on uciszy burzę. Ile razy Boski Mistrz powtarzał:
‘Confidite in Deum. Credite in Deum et in Me credite!’ Papież będzie
pierwszym, który wykona ten nakaz Pana i podda się, bez niepotrzebnego
lęku i trwogi, owej tajemniczej, niewidzialnej lecz niezawodnej pomocy,
jaką Jezus niesie swojemu Kościołowi”.
.
Piłat nie wypowiedziałby się inaczej! Czy na trzy lata przed tym, jak
wszystko wysadził w powietrze reformując, odnawiając, zmieniając, to nie
on, Paweł VI, rządził, narzucał swoje koncepcje, przygotowując tym
samym grunt pod tę burzę, która się rozpętała w Kościele? A skoro tak,
nie miał prawa stać z założonymi rękami, puszczać steru łodzi Piotrowej,
pod pretekstem, że sam Bóg sprawi cud i przyniesie ocalenie. Mimo to 21
czerwca 1972 r. Paweł VI powtórzył raz jeszcze swoją fałszywą doktrynę,
próbując przekonać (kogo?), że to do Boga należy ocalenie Kościoła:
„W pewnych osobistych zapiskach znajdujemy na ten temat, co następuje:
być może Pan powołał mnie do pełnienia tej posługi nie dlatego, że
miałem ku temu jakieś zdolności, ani po to, bym rządził i wybawił
Kościół od trapiących go dzisiaj trudności, lecz po to, bym coś dla
Kościoła wycierpiał i żeby okazało się, że to On, i nikt inny, prowadzi
go i zbawia.
Wyjawiamy wam to uczucie nie po to, by dokonać publicznego, a więc
próżnego aktu pokory, lecz po to, by i wam dane było cieszyć się
spokojem, jakiego sami doświadczamy na myśl, że to nie nasza słaba i
niewprawna dłoń spoczywa na sterze łodzi Piotrowej, lecz niewidzialna, a
przecież silna i niezawodna dłoń Pana Jezusa”.
To kolejny fałszywy i obłudny wykręt, gdyż nie po to postawił Bóg
papieża przy sterze łodzi Piotrowej, by pozwolił jej dryfować z nurtem
„reform”, lecz by potrafił
nią sterować zgodnie z kursem, jaki wyznacza Tradycja – tak, jak czynili
jego poprzednicy. Paweł VI nie powinien tedy żądać od Boga cudu, by
Kościół raz jeszcze był przez Niego zbawiony, lecz powinien ukorzyć się i
samemu naprawić własne błędy, starając się ratować Kościół i w ten
sposób spełnić swój obowiązek. Innymi słowy, powinien był przestać
wywyższać człowieka, który czyni siebie bogiem, a pomyśleć o tych
miliardach ludzi, którzy nadal pozostają w cieniu śmierci i oczekują
objawienia im prawdziwego Boga, Jezusa Chrystusa, jedynego, który ich
uświęca i zbawia.
...czymże są te „Oenzety”, „Unesca” i inne tzw. Instytucje
międzynarodowe, jeśli nie dziełem Szatana, który chce zniszczyć
Królestwo Chrystusa – Jego Kościół? Po co więc trwonić siły na budowanie
zamków na piasku, zapominając o „ADVENIAT REGNUM TUUM” – tej jedynej
„Międzynarodówce”, która naprawdę będzie trwała wiecznie? Jakże mógł on
hołdować tym mrzonkom w dziedzinie polityki międzynarodowej, podczas gdy
jego obowiązkiem – zgodnie z otrzymanym powołaniem – mogło być
wyłącznie nieustanne poszukiwanie „woli Boga, jako w niebie, tak i na
ziemi”? Czyżby Paweł VI nie zorientował się, czym stała się Ziemia po
wygnaniu Boga przez Wielką Rewolucję Francuską, a więc odkąd królują
Wolność, Równość i Braterstwo, czyli trzy zwodnicze zasady roku 1789,
które w miejsce Bożego Prawa wprowadziły Prawa Człowieka? Powinien był
wiernie trwać na straży Honoru Boga i Bożych Praw, aby została
uszanowana Wola Boga – czemu się sprzeniewierzył! Może zapomniał o
przykazaniu Jezusa: „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego
sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”. Zapomniał, że
przyszłość należy do Boga, do Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, Zbawcy
świata, i że na końcu czasów „władca tego świata zostanie precz
wyrzucony”, by zrobić miejsce wyłącznie Kościołowi Boga: Świętemu,
Katolickiemu, Apostolskiemu Kościołowi Rzymskiemu!
W świetle powyższego Paweł VI byłby zatem „osobą świecką” (a nie
„duchowną”), uczynioną papieżem. Jest to zdanie, które mną wstrząsnęło:
właśnie dlatego, że ta „osoba świecka” – czyli Giovanni Battista Montini
– została „papieżem” Pawłem VI!