Wciąż jeszcze żyła, gdy wiosną
1949 roku, poprzez cud, pierwszy list od Michała dotarł do rodziny na Syberii.
Pani Wiegratz, sąsiadka z Gaidellen, otrzymała go i przesłała dalej. „Wówczas
dużo rozmawialiśmy o Michału”, przypomina sobie Martin. „Tata zawsze mówił, że
był dobrym młodzieńcem”. W liście napisanym starannym pismem ręcznym, wiekowy
człowiek zawsze zaczynał zwrotem „Najdroższy Michale”. Listy podpisane były
„Twój Michał Szermoks”. W 1959, nagle, po 10 latach sybirskiego wygnania,
pozwolono mu wraz z czwórką dzieci z powrotem wrócić do rejonu Kłajpedy, gdzie
krótko przed swoimi 90-ymi urodzinami, w 1962 roku, zmarł. Jeden jedyny raz
więcej pojechał do swojego dworu, który strasznie podupadł, opowiada
rodzeństwo, prowadząc Michała do gospodarstwa w Gaidellen. Stodoła i obora zostały rozebrane, ogród jest zarośnięty, zielone,
drewniane ściany domów są wyblakłe i pełne dziur.

„Niektóre
nasze doświadczenia są podobne”, wspomina Irene w zamyśleniu, podczas powrotu
do domu. Michał przytakuje. Po wojnie musiał nadrobić pięć lat szkoły, w międzyczasie przez dwa lata ciężko chorował na płuca, nim w 1953 mógł zacząć studia
teologiczne. Dopiero w 1960 roku, jako 35 latek, przyjął święcenia kapłańskie,
dziesięć lat później niż normalnie. „Obecnie ludzie już nie potrafią zrozumieć,
jak to wtedy było na wojnie”, mówi po namyśle, gdy zbliża się pożegnanie. „Głowa
jest za mała, by to wszystko pojąć”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz